Komu potrzebny jest hamulec?


Po raz kolejny przekonuję się, że Tygodnik Powszechny ma jakieś problemy. Ze sobą.

Po przeczytaniu artykułu na temat synodu, który odbędzie się w październiku, ręce opadły mi.

Po pierwsze, tradycyjnie już, nasi biskupi są be. Autorka jest pewna, że "jeśli synod o rodzinie przyniesie jakieś zmiany, to ich architekci nie będą z Polski". Przepraszam, jakie zmiany ma przynieść synod? Czy naprawdę autor piszący w tygodniku, który uważa się za katolicki, nie wie, że synod nie ma żadnej władzy? Napiszę dużymi literami: SYNOD NIC NIE MOŻE. Zupełnie nic. Polecam kan. 342-348. Decyzje podejmuje Papież - synod jest organem doradczym. Poza tym w kwestii rodziny Kościół naucza bardzo jasno. Czy to się komuś podoba, czy nie.

Autorka jest zbulwersowana, że o rodzinie będą rozmawiali celibatariusze - mężczyźni. Znowu chyba z niewiedzy (?). Przecież to jest synod biskupów… To trochę tak, jakby mieć pretensje do rady pedagogicznej w szkole, że to nauczyciele mają głos, a nie uczniowie.

Najbardziej podoba mi się jednak fragment, że nasi biskupi są hamulcowymi. Cóż, taka ich rola, żeby strzec depozytu wiary. Hamowanie nie jest niczym złym, jeśli ma uchronić przed tragedią. Poza tym jeśli nasi biskupi są w błędzie - to rzetelny dziennikarz czy publicysta -  niech go wykaże. Z tego co wiem, to raczej nasz Episkopat nie ma problemu z wiernością Kościołowi (a możemy przecież wskazać takie, które mają).

Proponuje asystentowi kościelnemu (jeśli taki jest) również zaciągnąć hamulec. Żeby przypadkiem gazeta nie roztrzaskała się o ścianę. Przez nadmierną prędkość.