Wolontariuszu, płacz i płać


Światowe Dni Młodzieży budzą emocje. I bardzo dobrze. Promocja dla kraju, dla Krakowa, dla polskiego Kościoła. Szansa na przebudzenie duszpasterskie w parafiach. Szansa na przeżycie niesamowitej przygody. Doświadczenie Kościoła Powszechnego. Spotkanie z Papieżem.

Ale w świeckich, i niestety nie tylko, mediach równie duże emocje budzą pieniądze. Gdzie tylko mowa o nich - pojawia się pewnego rodzaju podniecenie. Ile zostanie zebrane, ile wydane, kto na czym zarobi. I dlaczego nie ja...

Kilka dni temu gruchnęła wiadomość - wolontariusze mają opłacić pakiet wolontariusza. I oczywiście oburzenie - jak to, dlaczego etc...

Ponieważ nie należę do Komitetu Krakowskiego (więc nie muszę się bronić), a chciałbym ze swojej strony zwrócić uwagę na kilka spraw:


1. Po pierwsze, jest to spotkanie młodych katolików, którzy chcą wspólnie przeżywać swoją wiarę. Wolontariusze też należą do tej grupy. A każde spotkanie związane jest z wydatkami.

2. Każdy uczestnik partycypuje w kosztach tego wydarzenia. Każdy - wolontariusz i szeregowy uczestnik, ksiądz, siostra zakonna...

3. Ponieważ wolontariusz wykonuje pracę na rzecz innych - mniej się dokłada do wspólnego garnka, ponieważ część jego wkładu to praca. 

4. Nie pierwszy raz takie rozwiązanie przyjęte jest w Krakowie, wcześniej też tak było.


Kilka razy brałem udział w rekolekcjach, prowadzonych przez genialnego księdza, u którego do tej pory tak jest, że nawet kucharka (!) płaci pewną kwotę za swój udział. I jakoś braku chętnych na takie wyjazdy nie ma. Co więcej, nie starcza co roku miejsc dla chętnych.


Wydaje mi się, że największy problem ze sprawami finansowymi polega na tym, że wielu sądzi: Kościół da, Kościół powinien zapłacić, Kościół powinien pomóc. Tylko jest jeden problem - ten Kościół to ty i ja. Więc o co chodzi?


P.S. Tytuł jest jedynie zabiegiem marketingowym :)